Boże, gdzie jesteś?
Dodano przez Iwi dnia 07.03.2010r.
To, że o tym ostatnio nie piszę i nie mówię, nie znaczy, że tego nie ma. Problem nadal pozostał tylko może nieco uśpiony. Uśpiony z pozoru, bo tak naprawdę każdego dnia, każdej godziny, w każdej sytuacji zadaję sobie pytanie “Boże, gdzie jesteś?”. Wszystko zaczęło się mniej więcej w Boże Narodzenie i trwa po dziś dzień, jakby “na złość” nasilając się z racji zbliżających się Świąt Wielkanocnych.
Jakoś tak wczoraj z totalnych nudów weszłam na Nautilusa i trafiłam na dwa ciekawe artykuły odnośnie wizji na łożu śmierci i ludzkiej duszy bodajże. Gdy rozmawiam z Kubą o tym, czy wierzy z życie po śmierci, zawsze zadaje mi pytanie, czy przeszkadzała mi nicość przed urodzeniem? Owszem, nie przeszkadzała, ale jeden z tych artykułów poniekąd poruszał ten temat. Już nawet nie chodzi o jakieś tam artykuły, czy badania/dowody naukowe. Nawet gdybym odrzuciła możliwość istnienia Boga, jakoś nie byłabym w stanie przestać wierzyć w to, że człowiek ma nieśmiertelną duszę, która po śmierci gdzieś tam się błąka. Może jestem naiwna, może nie, ale wierzę w takie rzeczy. Póki co wierzę i żadna siła nie jest w stanie wybić mi tego z głowy. Dawniej w samego Boga wierzyłam może ślepo. Nie zagłębiałam się zbytnio w to wszystko. Owszem, dość często myślałam o tym, że Bóg stworzył wszechświat, ale kto stworzył samego Boga? Nie mogąc znaleźć odpowiedzi na to, niezwykle dręczące mnie pytanie, zazwyczaj odpuszczałam.
Może wierzę dlatego, że wydarzyło się kilka dziwnych rzeczy w moim życiu i życiu moich najbliższych. Weźmy na ten przykład mojego ojca chrzestnego. Brat taty, zginął w wypadku w dość młodym wieku. Nie długo po swej śmierci “przyszedł” do mojego taty, otwierając mu drzwi od klatki schodowej… Nie wiem ile w tym prawdy, nie widziałam tego, ale czy mojemu tacie aż tak mogło się coś uroić, że drzwi same się otworzyły? Nie był pijany, nie był pod wpływem żadnych leków. Po prostu, wracał wieczorem do domu. Niedługo po tym zdarzeniu, ten sam wujek, “przyszedł” znowuż do mojej mamy. Z tym małym wyjątkiem, że wtedy ona była naszprycowana jakimiś świństwami z racji tego, że z niewiadomych przyczyn straciła przytomność, tak więc było u niej pogotowie. Ale gdy doszła do siebie opowiadała, że widziała wujka przy swoim łóżku. Kolejny “dowód” to przykład wujka mojej chyba już byłej przyjaciółki. Po jakiejś ciężkiej operacji zapadł w śpiączkę. Gdy się wybudził, opowiadał że przyszedł do niego zmarły tragicznie syn, ubrany niczym anioł według naszych wyobrażeń i powiedział mu, by “wracał do rodziny, bo sami sobie bez niego nie poradzą”. No i na koniec, jak dla mnie najdziwniejszy i najbardziej zastanawiający przykład śmierci mojego dziadzia. Zegarek mojego taty stanął o 18.20 w dniu śmierci dziadzia. Po założeniu go na rękę nagle zaczął chodzić. Kiedy koło 23.00 pogotowie przyjechało do niestety już martwego dziadka, był “sztywny”, a lekarze stwierdzili, że musi już nie żyć od ładnych kilku godzin, więc to zdarzenie z zegarkiem, jak dla mnie jest jasne… Dodatkowo, dokładnie w tydzień po jego śmierci, przyśnił się mojemu wujkowi, który mieszka w Stanach, a u dziadków w mieszkaniu był może 2 razy w życiu, a od jego ostatniej wizyty było niejedno przemeblowanie. No i w tym śnie, dziadziu opowiedział wujkowi dokładnie wszystko ze szczegółami, jak, gdzie, nawet na co umarł (czego nie byli w stanie określić nasi cudowni lekarze), opisał miejsca, osoby, sytuacje. Wszystko idealnie się zgadzało! Wujek nie miał prawa tego wiedzieć, więc skąd ten sen?
Będąc dzisiaj w kościele rano na mszy, przyszło mi to do głowy, a szczególnie jedna sytuacja z tego całego snu… Wujek zapytał się dziadka, jak “tam” jest? Ten jednak się zasmucił i odparł, że my, tu na ziemi, nie możemy tego wiedzieć. To akurat można wytłumaczyć tak, że o ile mózg wujka mógł nieco pokojarzyć fakty i miejsca związane ze śmiercią dziadzia o tyle nie był w stanie wyobrazić sobie czegoś, o czym nie ma bladego pojęcia…tutaj życia na tamtym świecie.
Ale to wszystko jest takie dziwne. Czuję się taka pusta. Nie wiem, co mam robić. Początkowo, gdy Kuba pokazał mi inny punkt patrzenia na świat byłam przerażona. Przez te dwa miesiące od świąt, ten strach zaczął pomału umierać, gdzieś znikać, ale teraz znowu wraca. Mam wrażenie, jakbym była zawieszona pomiędzy dwoma stanami. Tym, w którym jest teraz Kuba, czyli odrzucanie możliwości istnienia Boga; a wiarą, wiarą w jego istnienie, w życie po śmierci, w cuda… Z jednej strony, siedząc w kościele i słuchając księdza, co raz częściej się z nim nie zgadzam, ale z drugiej strony czuję, że coś/ktoś jest. Kuba odrzucił Boga, cuda, życie po śmierci, tylko dlatego, że “dowody”, które ma nie są dla niego wystarczające. Ale dowodów na nieistnienie niczego też nie ma. I to mnie właśnie zastanawia. Po co wierzyć w coś, na co nie ma najmniejszych, nawet najgłupszych dowodów?
Ostatnie trzy miesiące to tylko ciągłe pytania i brak jakichkolwiek odpowiedzi. Nawet w najdrobniejszym procencie, póki co, nie jestem w stanie przyznać, że Boga nie ma…
I mimo, że wczoraj, przez jedną krótką chwilę wieczorem, patrząc w niebo, patrzyłam na ten świat “oczami Kuby”, czyli bez Boga i poczułam jakąś dziwną, i przyznaję przerażającą radość, nie jestem w stanie przyznać, że Boga nie ma…
Zawsze można popatrzeć na to w ten sposób, że istnienie życia po śmierci nie oznacza, że istnieje również Wielki Zarządca tego całego interesu:) Aczkolwiek ja akurat w Boga wierzę:) i nie mam problemu ze ślepą wiarą. Ludzie wierzą w różne bzdury, więc chyba można zaryzykować.
Szczerze powiedziawszy, raz, czy dwa miałem ciekawy przypadek związany właśnie z “wizją”, ale nie sądzę żeby to była sprawa jakiegokolwiek Boga, czy kogoś innego. Faktem jest, że dusza ludzka może się gdzieś tam pałętać po świecie, co nie znaczy że od razu jest w rzekomym niebie. Nie ma też jak wytłumaczyć takiego stanu rzeczy, więc ja określam to jako zwykłe nie wiadomo co. Cóż, każdy wierzy w co wierzy, nie można go z dnia na dzień od tego odwlec i wręcz nie powinno się według mnie.