‘Kryzysowa narzeczona’
Dodano przez Iwi dnia 21.08.2010r.
Strach mnie ogarnia kiedy sobie pomyślę, że jeszcze na dobrą sprawę tylko tydzień i trzeba wracać do szkoły. Hmm, a może ja nie tyle boję się szkoły, co jesieni, zimy, szarugi, ciemności. Nie lubię tego, przytłacza mnie to. Wolę długie dnie, ciepłe wieczory, które dają jakąś siłę i pozytywnie nastrajają. Ale..nie wiedzieć czemu, czuję że w tym roku zima będzie inna. Krótsza, weselsza. Może dlatego, że matura za pasem. Mniej zajęć w szkole, ale za to wypadałoby się uczyć w domu. Czasu będzie troszkę więcej, a i rok szkolny wcześniej się skończy. Wiem, że raczej powinno mnie to martwić, bo w końcu matura, ale ja jakoś spokojnie do tego podchodzę. Znalazłam jakąś siłę, uświadomiłam sobie parę rzeczy i jakoś jeszcze pozytywniej niż dotychczas patrzę w przyszłość ![]()
Mam jedno postanowienie – nie planować odległej przyszłości. Przecież tak naprawdę nie wiem co będzie jutro. A kto może wiedzieć, jak potoczą się moje losy i gdzie ‘wyląduję’ choćby za miesiąc. Jedynie co bym chciała to określić się odnośnie studiów. Ostatecznie zrezygnowałam z filologii i nie planuję powrotu. Traktuję to raczej jako plan B, gdybym nie obmyśliła planu A. Chciałabym raczej pójść na coś w stylu zarządzania. Nie wiem dlaczego, ale jakoś tak przypadło mi to do gustu. I nie chcę zamykać się w szkole. Pod żadnym pozorem. To są plany moich rodziców, mojej babci. Ale ja nie nadaję się na nauczycielkę. Poinformowałam o tym ostatnio mamę i przyznam szczerze zaskoczyła mnie jej reakcja. Była zdziwiona i chyba rozczarowana, choć za wszelką cenę próbowała mi tego nie dać odczuć. I nie wiem dlaczego, poczułam wtedy swego rodzaju ulgę, radość, dumę. Poczułam, że zaczynam sama decydować o własnym życiu, robię coś po swojemu. Brakowało mi tego. Może kiedyś będzie tak, że będę żałować swojej decyzji, ale to moje życie, ja podejmuję decyzje i ja kiedyś (nie) będę żałować tego co zrobiłam.
Tyle o przyszłości. Kilka zdań o tym, co jeszcze dzieje się na wakacjach i uciekam.
To, że minęły jak jeden tydzień, chyba już mówiłam. Ale jeszcze nie mówię “do widzenia” za rok. W poniedziałek szykują się Bieszczady. Prawie, że ta sama ekipa co przedostatnio. Tylko jeden kolega się “zamieni”. Będzie fajnie, musi być, jak ostatnio, jak w czwartek…na domówce u kolegi. Ojj jeszcze się nigdy tak nie wybawiłam, jak przez ostatnie dwa miesiące. A w czwartek wszyscy przechodzili samych siebie! Do domu wróciłam grubo po trzeciej i po dziś dzień czuję, że jeszcze tego nie odespałam. Uwielbiam tych ludzi. Mogłabym spędzać z nimi każdą chwilę. Są tak pozytywni, tak zabawni, tak optymistycznie nastawieni do świata, a przede wszystkim konkretni. Z nimi wszystko można łatwo i przyjemnie załatwić. Nie sądziłam, że tacy ludzie w ogóle istnieją. A najbardziej cieszy mnie to, że nie dość że ja polubiłam ich, to jeszcze ewidentnie oni mnie! Zależało mi na tym od samego początku bycia z Kubą. Wiedziałam, że będziemy się dość często spotykać, dlatego dobry kontakt z nimi to podstawa. I udało się ![]()
Nie mogę doczekać się poniedziałku! A tu jeszcze całe dwa dni
PS. Tytuł posta to tradycyjnie tytuł jakiejś piosenki. Tym razem Lady Pank. Winylowe płyty i niesamowity klimat, to myśl przewodnia czwartkowej imprezy.