Mój dom

Dodano przez Iwi dnia 15.08.2010r.

To dziwne, jak bardzo, w stosunkowo krótkim czasie, człowiek potrafi się zmienić. Może nie tyle człowiek, co jego poglądy, zapatrywanie na świat, pragnienia. Zmienia się hierarchia wartości. Pewne rzeczy przestają już mieć tak wielkie znaczenie, jak dawniej. Myśli odbiegają dalej w przyszłość. Zdrowy rozsądek nakazuje wybierać odpowiednie drogi, którymi będzie się kroczyło przez resztę życia.
Starzeję się? Nie, raczej tęsknię za czymś, czego niestety moi rodzice nie do końca mogli mi dać. Nie mam do nich żalu. Wręcz przeciwnie. Starali się stworzyć szczęśliwy dom, jednakże jak i innym, nie zawsze im to wychodziło. Podobno dzieci popełniają błędy swoich rodziców. Nie sądzę. Ja patrząc na błędy moich rodziców postanawiam sobie postępować inaczej. Wiem, że życie wszystko zweryfikuje, ale przecież zakładając, że mi się nie uda, z góry spiszę się na porażkę. A do tego nie chcę dopuścić. Chcę stworzyć ciepły, szczęśliwy dom, z którego moje dzieci nie będą chciały uciekać, jak najszybciej. W którym odkryją cały świat i będą dumne z tego, jakich miały rodziców. Nie chcę być dla swoich dzieci udręką, tylko wsparciem i najlepszą przyjaciółką. Nie wiem o czym mówię? Chyba jednak wiem. Zawsze, każdemu, uporczywie będę powtarzać, że moja mama, to moja przyjaciółka, choć może czasami zbyt zaborcza. Ale wiem, że chce dla mnie, jak najlepiej.

A teraz do sedna sprawy. Dlaczego w ogóle naszły mnie takie myśli? Ostatnio jakoś tak się składa, że przez większą część dnia, a nawet i tygodnia siedzę sama w domu i rozmyślam. Ot tak spokojnie, bez nerwów, o wszystkim. O moim życiu, o tym co chcę robić dalej, o planach na przyszłość, o mojej rodzinie obecnej i przyszłej, którą mam nadzieję założyć, o Kubie. Momentami ogarnia mnie przerażenie, że nie podołam, że do mojej rodziny również wkradnie się zdrada, choroba, trudne do rozwiązania problemy. Te myśli nachodzą mnie już od dłuższego czasu i jak każda kobieta (nie wiem, czy jest jakiś próg wiekowy, który oddziela kobietę od dzieczyny, ale czy to ważne?) czuję co raz częściej silne pragnienie: bycia kochaną do grobowej deski, założenia rodziny z gromadką, przede wszystkim, zdrowych dzieci, wybudowania skromnego domu, do którego cała moja rodzina będzie z radością wracać. Koło tego domu marzy mi się piękny ogród, po którym będą biegały czworonogi bawiąc się z naszymi dziećmi. Idealizuje? Może trochę. Ale przecież każdy ma to, na co zasłużył, na co sam sobie zapracował. I choć mówię to z pewną dozą niepewności, usilnie staram się wierzyć w to, że może marzenia nie pozostaną tylko złudnym wytworem mojej wyobraźni. Przecież szczęśliwe domy istnieją. Nie mówię idealne, ale szczęśliwe! Czyli takie, w których panuje ciepło, miłość, radość i przede wszystkim szeroko rozumiene zrozumienie!
Stałam właśnie teraz w kuchni nad zlewem zajadając się brzoskwinią i nagle moje serce przepełniło się właśnie tymi pragnieniami. Nie wzięło się to od tak. Wszystko to “sprawka” Kuby. Serce mi się kraje, jak z Nim dzisiaj (nie)rozmawiam. Już wczoraj nie był w humorze. Byliśmy na domówce u kolegi, a ten albo siedział w wielkim, miękkim fotelu przed telewizorem, albo na fotelu(?) na tarasie. Ciągle zamyślony, jakiś nieobecny. Starałam się, jakoś Go rozweselić, ale nauczona przykrymi doświadczeniami, nie robiłam nic na siłę. Myślałam, że dzisiaj będzie już dobrze, ale się pomyliłam. Nie da się z Nim zupełnie porozmawiać, a ja nie wiem co się dzieje! I serce mi się kraje, bo nie wiem co mam zrobić. Przeraża mnie myśl, że tak może być coraz częściej. Bo takich sytuacji rzeczywiście jest coraz więcej. Dawniej zawsze chodził uśmiechnięty. A teraz ni z tego, ni z owego wstaje rano i ma zły humor, jest jakiś nie do życia. Może odbieram to zbyt osobiście… Ale ja, jeśli tylko między nami jest wszystko dobrze, zawsze chodzę szczęśliwa! Czy jestem zmęczona, zdołowana czym innym, ale samo bycie z Nim napełnia mnie takim szczęściem, że wszystko inne idzie w niepamięć. A On tak nie potrafi… Sam fakt, że jest przy mnie i wszystko jest dobrze, wcale Go nie cieszy.
Kuba jest strasznie zamknięty w sobie. Wydawało by się, że jest wesołym, otwartym chłopakiem, ale jak przyjdzie co do czego, to ciężko mi jest od Niego cokolwiek wyciągnąć. Boli mnie to, że się przede mną zamyka. Nie chodzi mi o jakieś wielkie wyznania, tylko zwykłą rozmowę na temat tego, co Go boli. Zapewnia mnie, że nic mu nie jest, że wszystko jest ok, ale już nie raz były takie sytuacje, że po paru dniach dowiadywałam się, że jednak coś było nie halo.
Może przesadzam, ale jakoś nie zdziwi mnie, jeśli się dzisiaj nie zobaczymy. Nie zdziwi, ale zaboli.

I właśnie stąd te pragnienia o szczęśliwej rodzinie. Nie potrafię być szczęśliwa, kiedy osoba, na której mi zależy jest duchowo nieobecna. Martwi mnie to teraz tym bardziej, bo Kuba jest dla mnie naprawdę ważny. Gdybym nie traktowała naszego związku poważnie, pewnie takie incydenty przechodziły by bez echa “A niech sobie ma zły humor. Kiedyś mu przejdzie.” Ale ja będąc z kimś, snuję może niepotrzebne plany na przyszłość. Ale myśl, że “i tak się rozstaniemy” odbierała by mi chęci do starania się, by nam było jak najlepiej.
Dlatego mam nadzieję, że uda mi się jakoś do Niego dotrzeć i że nie będzie się już przede mną zamykał :)


Zobacz też podobne wpisy

  • Brak podobnych wpisów...

« Ich fantazje

‘Dlaczego nic?’ »

Nie wstydź się, skomentuj: