My happiness
Dodano przez Iwi dnia 03.09.2010r.
Szczęśliwa. Tak, rok szkolny się zaczął, a ja mimo wszystko jestem szczęśliwa. I mimo, że nie doprosiłam się dzisiaj u Kuby jednego miłego słowa na dzień dobry, i mimo że milczy teraz, jak zaklęty – jakoś jestem dziwnie spokojna i szczęśliwa. W głowie wciąż mam wczorajszy dzień. Dwa dni temu wrócił kolega z Anglii, tak więc wczoraj byliśmy ze znajomymi wypić za Jego powrót i posłuchać opowieści o “wielkim świecie”. I mimo, że atmosfera z pozoru była miła, widziałam po Jego dziewczynie, że chyba coś między nimi nie tak. Nie wnikałam zbytnio. Chwilkę z Nią pogadałam i tyle. Ja za to byłam przeszczęśliwa. Brzuch mnie bolał niemiłosiernie, ale wciąż czułam, że mogę wesprzeć się na silnym ramieniu Kuby – dosłownie i w przenośni. Po dawnych kłótniach nie było śladu. Najszczęśliwsza byłam chyba w momencie kiedy późnym wieczorem stanęłam u Niego w drzwiach, a On mnie tak słodko przywitał. Aż mnie dreszcze przeszły.
Trochę pomieszałam to wszystko. W telegraficznym skrócie. Wczoraj oczywiście szkoła, po szkole dopełniałam formalności ze zmianą imienia w urzędzie (już mam! inaczej się nazywam
) po czym pojechałam z mamą na…można by powiedzieć dłuuuugie zakupy (można by powiedzieć-tzn na żadnych zakupach nie byłam, ale jakoś nie chcę się dzielić tym, co robiłam całe popołudnie). I tak mnie te ‘zakupy’ wymordowały, że już tylko marzyłam o tym, żeby przytulić się do Kuby i iść z Nim na miasto oblewać wspomniany już powrót kolegi.
I tak cały wieczór byłam blisko Kuby, w końcu jakoś w pełni mogłam się nacieszyć Jego obecnością. Nie wiem, co się stało ale od kilku dni jest jakoś wyjątkowo. Dlatego tak mnie zdziwiło Jego poranne zachowanie. Szczególnie potrzebowała choćby jednego dobrego słowa, bo całą noc wymęczyły mnie okrutne sny, że wszystko się sypie, że jest okropnie, a ja niestety jestem podatna na takie rzeczy. Niestety nie doprosiłam się, ale i bez tego dzień mi jakoś, a nawet i dobrze zleciał.
O 8 miałam jazdę. Już przedostatnią. Niestety ostatni autobus dowiózł mnie na miejsce o 7.35 tak więc na mrozie (!) czekałam te 25 min. Jak wsiadłam do Lki to odetchnęłam z ulgą.
Tak więc dzięki temu zleciały mi pierwsze trzy lekcje, do szkoły podreptałam na trzy kolejne. Śmiechu było co nie miara. Każdemu ewidentnie dopisywał humor, tak więc i wszystkich zbierało na głupie żarty. Zeszyt do polskiego już mam solidnie porysowany, bo w końcu dwie godziny naszego ojczystego języka z poczciwą profesorką każdego mogą przyprawić o nagły atak zdolności plastycznych.
Jako, że wczoraj odebrałam w urzędzie orzeczenie o zamianie kolejności imion, tak więc dzisiaj owe orzeczenie uchwyciłam w rękę i po lekcjach pobiegłam z nim do dyrektora. Tak się złożyło, że cały sekretariat był pełen ludzi, profesorów i oprócz dyrektora znalazła się tam też pani dyrektor, która cieszy się niezbyt dobrą sławą. Bałam się jej reakcji, ale poszło gładko. Od razu wyszperała arkusze ocen i kazała sekretarce nanieść wstępne poprawki. Mam jeszcze tylko napisać podanie w sprawie zmiany danych osobowych, a resztą już zajmie się szkoła.
Szczerze mówiąc chciałam to załatwić po cichu. Liczyłam się z tym, że ludzie prędzej czy później się o tym dowiedzą, ale nie sądziłam, że nastąpi to prędzej i to o tyle prędzej. Akurat na polskim, jak się jedna dziewczyna dowiedziała, tak zaraz druga zasłyszała, trzecia i nagle w klasie zrobił się taki huk, że poczułam się przez chwilę, jak jakaś gwiazda (oczywiście żartuję). W sumie to cieszę się, że mam to już za sobą. Samo wyszło, jakoś tak, dowiedzieli się spontanicznie, a i ja już mam spokój. Najgorzej będzie z nauczycielami, a raczej nauczycielkami. Zaraz będą pieprzyć, że wymyślam. Ale przeżyję liceum, a imię ma się na całe życie. Strasznie się cieszę, że się zdecydowałam. Dopięłam w końcu swego.
Z rzeczy jeszcze mniej istotnych. Skąd się wzięło to moje szczęście?
Pierwsze i najważniejsze chyba to w końcu spokój z Kubą. Spokój z takim sensie, że już wszystko między nami w jak najlepszym porządku. Po drugie – zmiana imienia. Po trzecie – wczorajsze “zakupy”. Po czwarte – klasa maturalna. Koniec roku wraz z końcem kwietnia, matura i studia.
Jeszcze jedna rzecz wprawiła mnie dzisiaj w zadumę i szczególną radość. Wracając do domu po szkole i idąc już od przystanku autobusowego przemierzałam stałą trasę moim osiedlem. Nigdy szczególnie się mojemu osiedlu nie przyglądałam, gdyż wychowałam się u dziadków, a u siebie rzadko się bawiłam. Teraz przejście przez plac zabaw to dla mnie wątpliwa przyjemność. Mnóstwo rozdartych, rozkapryszonych dzieci. Huk, wrzask, pisk, płacz i…przekleństwa. A dzisiaj jakoś było inaczej. W końcu podniosłam głowę (bo zawsze ją spuszczam i szybko mknę najkrótszą drogą do domu) i rozejrzałam się. Spostrzegłam 3 małych chłopców, którzy usilnie próbowali z ławki doskoczyć do gałęzi wierzby. Niestety im się to nie udało, gdyż drzewo było wysoko podcięte. Aż mi się ich żal zrobiło. Pamięta ktoś jeszcze te zabawy na wierzbach? Brało się w dwie, małe (później pokaleczone od gałęzi i liści) rączki tyle gałęzi ile się udało i huuuura skakało się z ławki/murku etc, coby się pohuśtać, jak tarzan. Albo robiło się “wojny” na patyki, cudaczne zamki z piasku, domki na drzewach, tudzież w opuszczonych ruinach budynków. Mnóstwo tego było. A teraz? Czasem jakaś jedna piłka, nowoczesne zabawki, najczęściej to telefony komórkowe i przeokrutne przekleństwa.
Tak więc wracając dzisiaj do tego domu w duchu ucieszyłam się, że jeszcze mogę powiedzieć, że załapałam się na ten szczęśliwy rocznik, który miał ciekawe dzieciństwo. Teraz wielce bezstresowe wychowanie, dzięki któremu wyrastają rozkapryszone gnojki, nic nie wiedzące z życia, myślące że świat zaczyna się i kończy tylko na nich i ich przekleństwach.
PS. No i czar prysł… To znaczy w pozytywnym sensie. Kubuś milczał, jak zaklęty, bo biedny dalej jest w lesie (tak podejrzewałam). Właśnie zadzwonił :* Zgłodnieje mi tam, wymarznie się, już wczoraj miał katar…zaraz będzie chory. Ale nic na to nie poradzę, musi zrobić, co sobie zaplnował. W sumie to jestem z Niego strasznie dumna.
Grr się rozpisuję. Mama ciągnie mnie już dziś na prawdziwe zakupy. A że chce mi zafundować spodnie na jesień to chyba skorzystam.
Mmm cudownie!;)