07.10.2011r.
Jest godzina piętnasta. O 13.30 wróciłam do domu. Zjadłam obiad i siadłam przed kompem. To nic, że spałam dziś do 6.30. To nic, że po skończonych zajęciach przespałam się od 10 do 11. Mimo to jestem potwornie zmęczona i właściwie nie mam siły nawet przesuwać palców po klawiaturze, ale pasuje wystukać kilka zdań. Zaczęło się. Czytaj dalej »
18.09.2011r.
Ciągle zapominam, jak dodaje się filmy na moim blogu i choćbym nie wiem ile razy sobie przypominała i tak zapomnę. I tak szukając postów, w których zamieszczałam różne filmy z youtube natknęłam się na jeden o tytule “Zakochani w sobie znowu pierwszy raz”. Łzy same napłynęły do oczu. Ale nie rozpłakałam się. Już nie. Nie warto. Nauczyłam się swego rodzaju wyrachowania. Choć w sercu rodzi się żal kiedy czytam o tym, jak szczęśliwa byłam jeszcze kilka miesięcy temu. Teraz coś się zmieniło, Kuba się zmienił, ja się zmieniłam. Jednego jestem pewna – z każdym dniem co raz bardziej utwierdzam się w tym, że jestem czegoś warta. Że jeszcze mogę się komuś podobać zarówno fizycznie, jak i duchowo. Są faceci, którzy dostrzegają moje szeroko rozumiane piękno.
Właściwie nie miałam dzisiaj nic pisać. Chciałam podzielić się tylko jedną piosenką, którą znalazłam zupełnym przypadkiem, ale przypadła mi od razu do gustu.
Thirty Seconds To Mars – The Kill (Bury Me)
12.09.2011r.
Do mnie wciąż to nie dociera. Jeszcze wczoraj byłam małą dziewczynką, która trzymała się maminej spódnicy i sepleniąc pytała, czy ta ją kocha. A ‘jutro’ wyprowadzam się z domu. Czuję strach, obawę, ale i ogromne podniecenie i radość, może ciekawość. Nie wiem, jak mi będzie na mieszkaniu ze znajomymi. Nie wiem, czy sprawdzę się w roli ‘pani domu’, ale szczerze mówiąc chcę się przekonać. Nie będę setki kilometrów od domu, ale jednak codzienne wracanie do niego będzie nie tyle niemożliwe, co nielogiczne i niepotrzebne. Każdego dnia przez najbliższe dziewięć miesięcy będę się budzić w pokoju z dwoma chłopakami (o ile drugi kolega się zdecyduje na mieszkanie) i dwiema nieznajomymi dziewczynami za ścianą w drugim pokoju. Będę wstawać i po cichu, by nikogo nie obudzić udam się do pięknej kuchni, takiej o jakiej zawsze marzyłam, na śniadanie, którego już nie przygotuje mi mama. Czytaj dalej »
01.09.2011r.
Pasuje coś napisać, tym bardziej, że czuję silną potrzebę, żeby się wygadać.
Może zacznę od dobrych, a wręcz wspaniałych rzeczy. Doczekałam się! Spędziłam dwa dni tylko z Kubą. Może to nie były moje wymarzone Bieszczady lub jakieś inne cudowne miejsce, ale i tak z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jestem zadowolona. Pojechaliśmy do dziadka Kuby na wieś. Już dawno nas zapraszał, ale Kuba coś nie mógł i chyba nie chciał się nigdzie wybierać tym bardziej ze mną. Ale ochota mu wróciła i mam nadzieję, że wrócił równie zadowolony co ja. Przede wszystkim Jego dziadek przez dwa dni miał zajęcie, z nami i widać było, że jest naprawdę zadowolony, bo nie siedział sam, jak co dzień. A ja jakoś lubię uszczęśliwiać ludzi, bo przez to sama jestem szczęśliwa. Czytaj dalej »
26.08.2011r.
Może świruję, ale słuchając kolejnych wieści o tym, że tereny, gdzie mieszka moja rodzina i chwilowo mój tato, są objęte stanem wyjątkowym i ewakuacją to robi mi się słabo. Zapewne każdy, kto choć raz w ostatnich dniach włączył wiadomości albo przeglądał onet lub tego typu portal, wie, że wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych jest zagrożone huraganem Irene. Przedwczoraj nawiedziło ich trzęsienie ziemi, jutro huragan… Pech chce, że moja rodzina mieszka na Staten Island, kilometr od oceanu… Może być ‘ lepiej’? Chyba nie. Nie dość, że silny wiatr może narobić szkód, to jeszcze fala może zalać dom. Może dramatyzuję, ale skoro dzwonił już mój tato i mówił, że będą zabezpieczać dom i przenosić się do ciotki w głąb wyspy, tzn że nie jest dobrze. Najgorsze jest to czekanie. Czekanie nie wiadomo na co. Huragan ma dojść do N.Y. jutro. Póki co kuzynka na bieżąco pisze mi na facebooku co się dzieje. A jak pozrywa wszelkie linie, to ani do nas nie zadzwonią, ani maila nie napiszą i będziemy się zamartwiać.
W takich chwilach zawsze pozostaje dziwna nadzieja. Nie wiem, czy każdy tak ma, ale ja zawsze myślę, że owszem, różne okropieństwa dzieją się na świecie, ale moją rodzinę jakoś to zawsze szczęśliwie omija. Chciałabym, żeby i tym razem tak było.
Staram się myśleć o czymś innym, bo wiem, że moje zamartwianie się nic nie da, ale ciężko jest. Przecież to moja najbliższa rodzina, mój tato!
Kuby nie ma, nie mam się komu wyżalić. Pojechał ze znajomymi na ryby nad Solinę. Nie chcę do Niego pisać i mu przeszkadzać, bo na odległość i tak mi nic nie poradzi.
19.08.2011r.
Jestem wściekła, smutna i rozgoryczona. Czuję, że za chwilę wybuchnę, jeżeli nie wyrzucę z siebie negatywnych emocji. Może ja powinnam jakąś jogę ćwiczyć, coby oczyszczać swoją aurę i wyciszać się. Sama już nie wiem.
Wkurza mnie babcia siedząca w kuchni. Już kilka godzin u nas jest. Nawet nie można sobie spokojnie pójść jedzenia zrobić. Kocham ją, bo jest moją babcią, ale czasami mnie irytuje sama jej obecność. Wie dobrze, że nie powinna u nas przesiadywać, a mimo to przyłazi codziennie i siedzi po kilka godzin. Boże! Czytaj dalej »