Quo vadis, Domine?
Dodano przez Iwi dnia 26.12.2009r.
W prawdzie jeszcze jestem bardzo młoda, ale czuję, że znalazłam się na życiowym zakręcie. Wyciszyłam się, w pewnym sensie zamknęłam się w sobie. Dużo ostatnio myślę, niewiele mówiąc o tym komukolwiek. Jedynie Kubie wczoraj powiedziałam. Siedział prawie do 2 w nocy. Rozmawialiśmy o Bogu, o życiu i wielu innych sprawach. Czas szybko płynął. Czułam, że chyba w końcu znalazłam to czego szukałam. Kuba otworzył mi oczy na pewne sprawy. Pierwsza i najważniejsza to kwestia seksu. Już chyba kiedyś o tym pisałam-pokazał mi, że to nic złego. Jeśli dwoje ludzi się kocha i chce być ze sobą w pełni, nikt i nic nie powinno im stawać na drodze. W końcu Bóg nas do tego stworzył, by dawać i brać przyjemność. On chce naszego szczęścia, a wszelkie zakazy i ten irracjonalny strach przed karą boską jest tworem kościoła, jako instytucji.
Może kiedyś będę żałować tego co teraz mówię i myślę, ale póki co nie żałuję. Nie żałuję, że zaczęłam żyć po swojemu. Nie żałuję, że się z Nim kocham, robię mu loda, czy cokolwiek innego. Nie zamierzam tego zmienić, więc teoretycznie nie powinnam dostać rozgrzeszenia na ostatniej spowiedzi. Mimo wszystko dostałam je. W ogóle ta spowiedź była dziwna. Powiedziałam księdzu, że mam ostatnio wątpliwości, które mnie przerażają. Zapytał tylko, jakie typu są te wątpliwości. Gdy mu powiedziałam, że zastanawiam się czy Bóg w ogóle istnieje, pogadał coś kilka minut, już nawet nie wiem o czym mówił. Zapamiętałam tylko trzy zdania. Pierwsze, że podstawą tych moich wątpliwości jest życie w nieczystości. Drugie, że nie zawsze, ale dość często tego typu wątpliwości prowadzą do odejścia od Boga. Wszystko podsumował ostatnim zapamiętanym przeze mnie zdaniem, że powinniśmy wierzyć w to, że Bóg istnieje tak po prostu, nawet gdy kilkanaście lat nie czuliśmy Jego obecności. Boskie istnienie powinno być dla nas faktem normalnym i naturalnym, a postrzeganie Boga przez pryzmat naszych odczuć i doświadczeń jest niewystarczające, bądź też nawet złe. Bardzo mnie to poruszyło. Uważam, że prawdziwa wiara nie jest ogólnie przyjętą normą, ale kwestią bardzo osobistą. Ludzie rzeczywiście wierzący nie siedzą w pierwszej ławce w kościele, nie obnoszą się z tym. Wszystko przeżywają w swoim sercu i mimo, że czasem mają wątpliwości to potrafią znaleźć wystarczająco mocne argumenty, wynikające z własnego doświadczenia.
Ostatnio właśnie zastanawiam się, jak to jest z tą moją wiarą. Boję się, bo mam co raz więcej wątpliwości. Na chwilę obecną nie wyobrażam sobie życia bez Boga. Wiem, że zagryzłabym się z własnymi myślami… „Co jeśli Bóg jednak istnieje?” – to pytanie powstrzymuje mnie od podjęcia dalszych kroków. Kroków, które być może doprowadziłyby mnie tam, gdzie kiedyś Kubę. On śmiało deklaruje, że w Boga nie wierzy, że go po prostu nie ma. Wiedziałam o tym od początku i szanowałam Jego decyzję. Przeraziłam się może trochę wczoraj, gdy chcąc siebie określić użył słowa „ateista”. Mam niezbyt dobre skojarzenia z tym słowem – ćpuni, alkoholicy, zdegenerowana młodzież. Oczywiście jemu daleko do tego, mimo wszystko nie chcę, by więcej używał tego słowa w odniesieniu do siebie.
W mojej głowie, od jakiegoś czasu, kołacze się też drugie bardzo ważne pytanie „Co jeśli Kuba ma rację i Bóg jest jedynie tworem ludzkiej wyobraźni?”. Gdyby tak było śmiało mogłabym powiedzieć, że tracę czas i niepotrzebnie się martwię. Ale gdy popatrzę na to wszystko z góry dochodzę do wniosku, że nie jest mi źle. Wiara mnie nie ogranicza, bo wyrobiłam sobie własne zdanie i jak to Kuba mówi, wierzę w to, w co mi wygodniej. Owszem, ale uważam, że wybrałam odpowiednie wartości. Ponad to, gdyby nie ta wiara, chyba trudniej byłoby mi się pogodzić ze śmiercią dziadzia. Wiedząc i wierząc w to, że po śmierci niczego nie ma (jak to Kuba twierdzi), nie widziałabym sensu w życiu. Po co się starać, zabiegać o coś? Po co żyć, wstawać codziennie rano? Po co się uczyć, zarabiać? – skoro i tak umrzemy i na nic się nam to nie przyda. To życie pozagrobowe jest jakby furtką do lepszego życia, ale nie „tam” tylko tutaj na ziemi.
Zaskoczyło mnie jeszcze to, co Kuba powiedział odnośnie duszy. Po krótkim namyśle stwierdził, że chyba jednak nie wierzy w jej istnienie. Dla mnie fakt, że człowiek ma duszę był czymś zupełnie normalnym. Nigdy nawet nie zastanawiałam się nad tym. Nawet gdybym nie uznawała Boga wierzyłabym w to, że natura obdarzyła nas czymś więcej niż zwierzęta. Nie tylko rozumem, ale i czymś ponad to, jakąś sferą duchową. Jak byłabym w stanie Kubie przyznać rację, że prawdopodobnie Boga nie ma, tak brak duszy byłby dla mnie czymś ciężkim do przyjęcia. Oczywiście nie mówię stanowczo „nie”, bo z własnego doświadczenia już wiem, że wszystko się zmienia, ludzie się zmieniają, ich poglądy na pewne sprawy się zmieniają. U mnie to można dość często ostatnio zauważyć. Zmieniam się w zastraszającym jak dla mnie tempie. Momentami tego nie ogarniam, ale staram się to akceptować i nie sprzeciwiać się naturalnym kolejom rzeczy. Kuba bardzo mi pomaga. Prawdopodobnie pomaga mi „przejść” na swoją stronę, ale nie robi tego na siłę. Pewnie gdybym na tym etapie mojego życia nie znała Go i miała jedynie kontakt z ludźmi wierzącymi nie miałabym żadnych wątpliwości, ale sądzę że by w pełni dojść do porozumienia z samym sobą trzeba wszystko „przerobić”.
Póki co, jest mi dobrze tak jak jest. Wiara, moja wiara, daje mi siłę i w pewnym sensie radość. Nie wyobrażam sobie teraz życia bez Boga i świadomego mówienia, że Go nie ma. Co będzie za parę miesięcy nie wiem, ale jestem bardzo ciekawa;)
miałam też faceta-ateistę. Był cudowny, inteligentny, błyskotliwy, doskonale się rozumieliśmy. Seks z nim też był czymś wyjątkowym. Związałam się z nim ciałem i duszą. Niemogłam bez niego. Gdy to czytam jakże wydaje mi się to wszystko znajome…Akceptowałam jego poglądy i tolerowałam. Jestem wierząca i dziękuję Bogu za to, że właśnie tak mnie wychowano. To właśnie, ta wiara uratowała mnie przed zgubnym związkiem z nim. On niby tolerował moje poglądy ale szlak go trafiał gdy mowiłam o nich. Doszło do tego, że chciał mnie przeciągnąć na swoją stronę, na każdym kroku dążył do tego. A gdy powiedział, że on wyciągnie mnie z tego zaciemniałego światku trzasłam mu drzwiami ile sił miałam i z krzykiem wybiegłam, że nie ma prawa obrażać moich uczuć religijnych i dążyć do tego, bym stała sie taka jak on. I tak właśnie przejrzałam na oczy, bo przez pewien czas miałam wielkie wątpliwości. Stwierdziłam, że lepiej dać sobie spokój z tą miłością, jak teraz twierdzę zauroczeniem. Było bardzo ciężko bo był dla mnie jak narkotyk. Ale wzięłam to na rozum-ja i on to dwa różne światy, dwie odrębne planety, na których życie wygląda zupełnie inaczej. I uznałam że trzeba zachować zdrowy rozsądek, taka byłam przez 23 lata wierzyłam i dla jednego człowieka, który za chwilę może mnie zostawić-bo nigdy nie wiadomo-nie wyrzeknę się Boga i bycia chrześcijanką. Bo czy warto? Czy warto kochać i poświęcac się dla człowieka który nie ma Boga w sercu, nie ma wpojonych wartości i zasad? Dla większości ateistów seks jest przyjemnością, zabawą a miłość? Jaką miłością oni kochają-czysto fizyczną niestety. Fajnie było gdy był seks a gdy nie bylo wychodził zły w środku nocy. To Bóg daje miłość, On nauczył nas kochać. Stworzył seks nie tylko dla przyjemności.Seks, związek i co dalej?kiedyś i seks się znudzi i co wtedy pozostanie? Związek trzeba zbudować na solidnych fundamentach a nie na piasku. Kiedyś ślub kościelny i przysięga małżeńska przed Bogiem, który dla niego nie istnieje? On nie będzie wierny, nie będzie Cię szanował, dla niego będziesz tylko obiektem jego seksualnych fantazji. Ja się wycofałam bo nie było warto. Dziś jestem szczęśliwa a on bawi się nadal seksem skacząc z kwiatka na kwiatek Nie sugeruję tuniczego, ot tak skłoniło mnie to do refleksji. Absolutnie nie mam zamiaru nikogo pouczać ani obrażać, to jest moje subiektywne zdanie. Pozdrawiam i powodzenia:)
Może dla większości ateistów (w tym jak sama przyznałaś dla Twojego byłego faceta) liczy się tylko seks, a nie ma dla nich miłości duchowej, tej głębszej, ale z tego co widzę od długiego już czasu, dla mojego Kuby liczy się wszystko. Nie mówię tak dlatego, że jestem ślepo w nim zakochana. Dostrzegam Jego zalety, ale widzę też i krytykuję wady. Potrafię trzeźwo na to wszystko spojrzeć. Dużo rozmawiamy, słuchamy siebie nawzajem. I nigdy, ale to nigdy nie namawiał mnie do niczego (pieszczot, seksu), wręcz przeciwnie, zawsze mówił, że obie strony muszą być 100% pewne, że czegoś chcą. Wiem, że jako facet chciał tego czegoś o wiele wcześniej niż ja, ale cierpliwie czekał i nigdy nie dał mi nawet odczuć, że może to czekanie Go już nudzi. I teraz, po tym jak już się zdecydowałam, nie żałuję, seks nas jeszcze bardziej zbliżył do siebie i nie jest tylko i wyłącznie przyjemnością fizyczną, ale daje poczucie bliskości. Nie jest jednak też tak, że cały czas w naszym życiu obecny jest tylko i wyłącznie seks. Potrafimy organizować sobie ciekawie czas, czerpać przyjemność z wielu rzeczy i zbliżać się do siebie na przeróżne sposoby. A odnośnie ślubu kościelnego i domniemanej zdrady. Owszem, dla Kuby Bóg nie istnieje i dla ateistów też, ale zdrada to kwestia osobista, nie ważne, czy Bóg jest, czy go nie ma. Jeśli ktoś chce zdradzić, to ani Bóg go przed tym nie powstrzyma. Tyle jest zdrad i rozwodów małżeństw, które są po ślubie kościelnym. A więc ślub kościelny nie jest wyznacznikiem udanego i pewnego małżeństwa.
Nie zgadzam się też z tym, że osoby niewierzące są przesiąknięte złem na wylot. Może po prostu trafiałaś na złe osoby.
“Czy warto kochać i poświęcac się dla człowieka który nie ma Boga w sercu, nie ma wpojonych wartości i zasad?”-odnośnie tego, warto kochać, jeśli ta osoba jest godna tej miłości. I mimo, że Kuba nie wierzy w Boga, nie jest złym człowiekiem, wręcz przecinie. Kieruje się zasadami, które powinny obowiązywać każdego człowieka, nie tylko ludzi wierzących. Jest wrażliwy na ludzkie nieszczęście, zawsze w miarę możliwości stara się pomagać, nie kradnie, nie zabija, nie “zalicza” wszystkich dziewczyn po kolei (jestem pierwsza i mam nadzieję, że ostatnia:)), jest porządnym człowiekiem, studiuje, zarabia, poważnie myśli o przyszłości, o rodzinie, nikomu źle nie życzy, nie szkodzi innym, jak to większość ludzi robi. Po prostu żyje tak, jak niejeden prawdziwy, dobry katolik, z tą “drobną” różnicą, że nie wierzy w Boga.
I wbrew pozorom nie “przeciąga mnie na siłę na swoją stronę”. Mówi mi po prostu, jak on to wszystko widzi i pozostawia wybór. To wszystko trwa już od kilku miesięcy. Z pewnością gdyby mi postawił ultimatum “Albo ja albo Bóg”, tak z dnia na dzień, też bym trzasnęła drzwiami, bo nikt nie ma do tego prawa.
Podsumowując to wszystko ateista wbrew pozorom nie równa się szatan. Bardziej obawiam się niejednego katolika (jakiegoś kolegi, czy znajomego) niż Kuby
więc życzę szczęścia. Przecież to tylko moje zdanie, z którym wcale nie musisz się zgadzać. Każdy człowiek jest inny, każdy ma swoje subiektywne uczucia i system wartości. Czytając Twojego bloga miałam wrażenie, że nie jesteś tak do końca szczęsliwa z nim, to cierpienie psychiczne rozdarcie…moim zdaniem czegoś takiego nie powinno być gdy dwoje ludzi naprawdę się kocha ale to tylko moje zdanie. A prawdziwych katolików coraz mniej, tych, których nie powinien się nikt obawiać. Bo jak piszesz obawiasz się nie jednego katolika…Dla mnie ateisa zawsze będzie człowiekiem trochę smutnym,takie mam zdanie i doświadczenia. ale każdego toleruję. powodzenia
Nie raz właśnie myślałam o tym, jak osoba czytająca może odebrać Kubę. I chyba mam już odpowiedź. Wiesz…trudno jest “opisać” dokładnie człowieka. Aby kogoś prawdziwie poznać, trzeba mieć z nim/nią kontakt osobisty.

Na blogu piszę o totalnych skrajnościach. O tym co siedzi gdzieś tam głęboko we mnie i co mnie trapi. Na co dzień to rozdarcie, czy cierpienie mi nie towarzyszy. “Wychodzi” tylko przy konkretnych sytuacjach. I to bynajmniej nie jest spowodowane przez Kubę. Czuję się rozdarta i cierpię dlatego, że uzmysławiam sobie pewne nonsensy, w które wierzyłam, nie chodzi tylko o Boga, czy religię. A Kubie w sumie jestem wdzięczna, bo jak ostatnio pisałam w poście – poznaję dzięki niemu świat (i tutaj również nie chodzi mi tylko o sprawy religii), zabiera mnie w przeróżne miejsca, pokazuje wiele rzeczy, dużo tłumaczy w bardzo ciekawy sposób
A co do tego, że każdy ateista musi być smutny choć trochę. Być może trafiałaś na takich ateistów, to przykre, widocznie nie odnaleźli sensu życia. Ja patrząc na Kubę widzę ile w nim chęci do życia, ile radości, ile pasji i zadowolenia z każdego dnia, ile on ma planów… I co najlepsze, przepełnia również mnie tą radością
Bo znam również ateistów “przypadkowych”. Nie wierzą, bo im się po prostu nie chce chodzić do kościoła, do spowiedzi etc. Tacy ludzie rzeczywiście są nieco zniechęceni do wszystkiego i tego nie pochwalam, bo albo się nie wierzy, ale widzi w tym sens i radość z życia albo się wierzy i również cieszy tą siłą którą daje wiara
Też znałam ateistę, który był szczęśliwy z tego, że wierzy. Widział sens w życiu, miał pasję, studiował. Miał milość, dziewczynę, zdrowie,kasę, praktycznie wszystko.Skończył studia dostał dobrą pracę. Ale pewnym momencie wszystko się posypało. Dziewczyna chciała ślubu kościelnego, on nie. Postawiła warunek-albo zacznie wierzyć albo odejdzie. Musiała odejść. Załamał się. Stracił pracę. Zachorował na nowotwora. Ale nie mógł znieść samotności, swojej choroby i pozazdrościł katolikom, że mają tego swojego Boga. Ale nie nawrócił się. Odebrał sobie życie.
Przepraszam za błąd w moim komentarzu: Był szczęśliwy z tego, ze nie wierzy-zabrakło nie:)
No cóż, różne są w życiu przypadki. Jednym się układa innym nie. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze będzie kolorowo. O ślubie kościelnym nie raz rozmawiałam z Kubą, więc wiem jak jest i o to się nie martwię
Żadnego stawiania warunków nie będzie, ani z mojej, ani z Jego strony, bo oboje dobrze wiemy, że to nie jest żadne rozwiązanie. Trzeba rozmawiać, szukać kompromisów, póki co nam się udaje 
A co do tego, że ów ateista się załamał.. No cóż, każdemu mogło się to zdarzyć. Niejeden wierzący popada w depresję, ma myśli samobójcze. W tym niestety nie ma reguły.
Widzę miałaś dość spore doświadczenie z ateistami, ale z tego co zauważam chyba na niezbyt dobrych ludzi trafiałaś.
co ty możesz wiedziec o moich doświadczeniach z ateistami? Ciągle piszesz”na niezbyt dobrych ludzi trafiłaś” jakbyś chciała wbić mi szpilę że o ateistach nie mam pojęcia i uważam że są to źli ludzie. Nie, nie uważam tak. Dla mnie katoliczki są to smutni ludzie i to moje subiektywne zdanie, a smutny nie znaczy zły. Nie będę tu więcej zaglądać bo irytują mnie komentarze twojego Kuby, pełne nienawiści i zajadliwości, że wtrącam się w wasze życie. To jest wtrącanie? Bo podważam jego argumenty? Przecież sama piszesz, że zmieniło się wszystko odkąd Kubę poznałaś…ze otworzył ci oczy…nie znam go ale po tym wszystkim co czytałam śmiem twierdzić że nie jest do końca taki dobry skoroprzewraca ci świat swoim ateistycznym fanatyzmem. Ja kochajac kogoś w życiu bym się nie posunęła do tego stopnia, by tej kochanej osobie otwierać w ten sposób oczy, tłumacząc wszystko, wszelkie kwestie wiary przez pryzmat swojej ateistycznej postawy. Ale to moje zdanie a nie jak on twierdzi infantylnie wpychanie się w życie z butami komuś. Żegnam więc bo nie będzie mnie nikt obrażał, zwłaszcza nieznajomy ktoś kto gówno o mnie wie. A tobie życzę na tyle odwagi i mądrości aby móc obronić swoje zdanie w tym świecie, i mieć to swoje zdanie a nie kierowac się opinią innych
Po tej sytuacji z samobójstwem ateisty z mojej strony nasuwa się jeden wniosek. Korzyść z religii jest żadna. Puste słowa? -Chyba nie. Religia tworzy podziały których wyznawcy niestety nie widzą. W imię Boga można złamać serce, tylko przez to że 2 osoba jest innego wyznania (lub bez wyznania). Wojny religijne też nic nie znaczą? Chora idea, chory upór. Zauważmy, że każda religia też pochwala walkę w jej imię. Pozabijajmy się, rańmy, krzywdźmy więc i nie tolerujmy innych w imię swoich bogów.
Uważam, że ateizm jest najmniej szkodliwy. Dlaczego? – Bo ateiści nie mają odgórnie nakazanych dziwnych zasad. Nie zostawią swojej miłości, nie zabiją nikogo z powodu czegoś w co nie wierzą. Taki mądry cytat gdzieś zasłyszany na koniec: “Gdyby nie było religii, dobrzy ludzie by robili dobre rzeczy a źli złe. Złe czyny natomiast dobrych ludzi, to sprawka religii”.
Odpisujesz na blogu, odpisz może i mi na dwa poprzednie maile…
Nie sądziłam, że tak to się potoczy. Za Kubę nie odpowiadam. Jest wolnym człowiekiem i ma prawo pisać co chce i gdzie chce. Zastanawiam się tylko dlaczego na mnie najeżdżasz mówiąc, że nie mam własnego zdania, dodatkowo wciągając w to swoich znajomych. Krytykujesz mnie, obrażasz, a nawet mnie nie znasz. Kuba mi niczego nie wmawia, do niczego mnie nie zmusza, sama zaczęłam czegoś szukać, a On mi tylko pokazał swój punkt widzenia. To wszystko trwa już od kilku miesięcy, a więc nie dzieje się nagle, pod wpływem emocji. Dzień w dzień o tym myślę, dużo czytam, wbrew pozorom nie same artykuły mówiące o tym, że Bóg nie istnieje. Mam naprawdę bardzo dużo książek o świętych, o cudach, o Bogu… Więc proszę Cię, nie mów, że jestem podatna na czyjeś wpływy, bo nie wiesz wszystkiego, a to co jest na blogu, to całkowite skrajności.
Chciałam spokojnie porozmawiać. Wymienić się doświadczeniami. Znaleźć odpowiedzi na pewne pytania. Zamiast tego znalazłam zniechęcającą krytykę i przykre słowa. Co gorsze jesteś…żeby nie powiedzieć dwulicowa. Ja wszystko otwarcie piszę, co czuję, co myślę, jakie mam zdanie na dany temat, starając się nikogo nie obrazić, a Ty raz piszesz, że fajnie pięknie, cieszysz się, że napisałam, że fajny blog, ciekawa nazwa itd (wiesz najlepiej co pisałaś), a na blogu obrzucasz mnie błotem, wyśmiewasz, mówisz, że blog jest żałosny, a więc przez to i ja.
Nie chcę prowadzić niepotrzebnej wojny. Ja Cię nie miałam zamiaru atakować i obrażać, więc wymagam też tego od Ciebie
Słuchaj, powiem ci tak, nie jestem dwulicowa tylko po obrazach twojego kuby błam lekko podenerwowana , emocje wzięły górę. Nie znam cię więc pisząc Kieruję się tylko tym, co jest tu na tym blogu, WIĘC TAKIE WNIOSKI WYSNUWAM. Szukasz, ok każdy ma prawo szukac ale, trzeba miec jakies zdanie wyrobioe na dany temat, przeciez gdy człowiek wierzy w Boga z dnia na dzien nie przestaje wierzyć, a ty piszesz że musisz się w końcu określić…To mnie troche poirytowało. Są dwa wyjścia, albo twoja wiara była słaba albo pod wpływem innych taka się stała.
Obejrzałam film Ewangelia Judasza i dla mnie jako osoby głęboko wierzącej wcale mnie nie szokuje. Zapytasz dlaczego? Dla mnie to jest tylko kolejny dokument historyczny na to, że już w starożytnych czasach było wielu przeciwników Jezusa i religii. Dla mnie to żadna rewolucja i moje wiary nie przewróci. Jest ponad 30 ewangelii, każdy kto tylko zdobył zdolność pisania mógł napisac swoją a 4 uznane przez Kościół opisują najwięcej i są najpiękniejsze. Dlaczego w ew.Judasza nie ma opisuukrzyżowania Jezusa. Jak dla mnie jest dosyć płytkim dokumentem. I jest tam wiele wypowiedzi uczonych więc ja jakoś nie miałam dylematów. Że blog to porażka? hm, może nie chciałam tak napisac ale w nerwach rózne rzeczy się pisze. Myślalam że to będzie dyskusja tylko z toba a nie z twoim chłopakiem, ktory w pewnych momentach wypowiadał się jakby za ciebie, takie odniosłam wrażenie. i TA W OGÓLE WESZŁAM Tutaj przez przypadek, bo szukałam materiałów o nimfomanii i wyznań osób związanych z nimfomanią potrzebnych mi do czegos, co piszę ale nie znalazłam tutaj tego, a ty podpisujesz się jako nimfomanka…więc zastanów się czy nie zmienić podpisu:)Blog ogólnie jest wporzo. Odnośnie ataku, faktycznie tak się poczułam bo twój chłopak zarzucał mi, zarzucał ciemnotę wierzącym. Więc poczułam się urażona. Kuba zarzucił mi wtrącanie się z butami w wasze życie-czytałas. Wiesz dobrze że nie o to mi chodziło. Jeśli cię uraziłam przepraszam i tyle. Dwulicowa osobą nie jestem na pewno
Odnośnie filmu “Ewangelia Judasza” – pisałam o nim na blogu, nie dlatego, że uwierzyłam w każde słowo, jakie tam usłyszałam, tylko dlatego, że wydał mi się niezwykle ciekawy. Oglądam dużo tego typu filmów, co nie znaczy, że w nie wierzę, bo chcąc wierzyć we wszystko co usłyszę, pogubiłabym się.
Pisałam, że “muszę się określić” – nie pamiętam w jakim kontekście konkretnie to było, ale zapewniam Cię, że nie chodziło mi o nagłe określenie się, bo to jest po prostu niemożliwe. Wbrew pozorom wierzyłam w Boga naprawdę mocno, ale wiele rzeczy mnie zastanawiało, jeszcze zanim poznałam Kubę, tylko tłumiłam w sobie to wszystko i zabijałam własną ciekawość świata. Wszystkie sprzeczności, jakieś “niedociągnięcia” tłumaczyłam sobie Bogiem, ale kiedyś zobaczyłam, że chyba jednak tak się nie da.
Co do tytułu bloga – wiem co to jest nimfomania i w żadnym razie się pod tym nie podpisuję. Pomysł na ten tytuł nawet nie wiem skąd się wziął. To miała być raczej hmm przenośnia. Nawet nie wiem, jak to nazwać